Szukasz książki, w której poznasz konkretne opisy sekt, sposoby ich działania, werbowania, jasno opisane zabiegi językowe? To nie tutaj. Ale jeśli interesuje Cię reportaż, który łączy różne wątki, a najwięcej miejsca poświęca poglądom autorki, szczególnie tym o wyraźnym zabarwieniu politycznym – ta książka będzie dobrym wyborem.
Książka o sekciarskim języku? Zapowiadało się dobrze. Wcześniej już czytałam reportaże Wydawnictwa Otwarte i zwykle miałam poczucie dobrze spędzonego czasu. A jednak czytając książkę Amandy Montell ciągle zadawałam sobie pytanie – czy naprawdę każdą grupę, która ma swoje zasady czy cechy charakterystyczne, chcemy nazywać sektą? Chyba nie. A tymczasem autorka praktycznie każdą grupę nazywa sektą lub „sekciarską”, określając tak nawet program teatralny w college’u. Również crossfit zostaje zestawiony z kultem i sektą, przez co przez całą książkę zastanawiałam się, czy to co czytam w danym momencie jest na poważnie, czy to jakiś rodzaj nieśmiesznego poczucia humoru, którego nie rozumiem.
Tu muszę nadmienić, że problemem może być polskie tłumaczenie, a raczej – brak właściwego odpowiednika w języku polskim. W oryginale odpowiednikiem “sekciarskiego” jest “cultish”, co Cambridge Dictionary definiuje jako “intended to be very popular with a particular small group of people”, czyli “mający być bardzo popularny wśród określonej, małej grupy ludzi”*
I niby sama autorka pisze, że „kult i sekta nie zawsze miały złowrogie podteksty”, a tymczasem sama używa ich ciągle w pejoratywnym znaczeniu w odniesieniu do każdej grupy. Jest do tego stopnia zdeterminowana, że nawet grupy AA nazywa sektą i zastanawia się jakim sposobem język charakterystyczny dla członków tej grupy „tak szybko zawłaszczył jej przyjaciółkę”. Od razu pomyślałam, że każdy przeciętny pracownik korporacji robiący KPI-je i chodzący na „meetingi” i „calle” to w rozumieniu tej książki nikt inny jak członek sekty… chyba musicie uciekać z tej strony.
Dla mnie naturalnym jest, że w różnych środowiskach i branżach używa się charakterystycznego słownictwa, a nawet wyznaje podobne poglądy i nie ma to nic wspólnego z kultem czy sekciarstem – to po prostu sposób, w jaki funkcjonujemy społecznie.
Co więcej? Przez całą książkę bardzo przeszkadzało mi ewidentnie negatywne nastawienie autorki do Donalda Trumpa. O ile sama nie jestem jego zwolenniczką, to uważam, że wrzucanie go do jednego worka z Tedem Bundym czy Jimem Jonesem to zdecydowanie przesada. Niby autorka dla poparcia, a jednocześnie złagodzenia swoich poglądów, przytacza fragment z innej książki, pisząc: „nie jestem pierwszą osobą, która wskazuje na podobieństwo Jonesa i Trumpa, ale ja raczej podkreślam ich zbieżne krasomówstwo i na tej podstawie zapraszam do analizy precyzyjnych form językowych, które składają się na zwodniczą i brutalną charyzmę Trumpa”, ale zważywszy na ciągłe negatywne komentarze wobec kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych, odnoszenie się do jego osoby w książce o sektach i porównywanie go do osób mających na sumieniu życie wielu ludzi uważam za nadużycie.
Żeby nie było tak źle, muszę powiedzieć, że znajdziemy w książce również wartościowe treści – opisy kilku konkretnych sekt oraz klasycznych zjawisk, jak np. efekt potwierdzenia, gaslighting czy teoria o awersji do straty, a także metod werbowania i wyszukiwania odpowiednich jednostek. Dowiemy się jakie osoby są „najlepszymi kandydatami” dla sekt i jakie manipulacje stosują ich przywódcy celem powstrzymania członków przed opuszczeniem. Brakowało mi jednak większej ilości takich informacji, konkretnej struktury (w miarę merytoryczne treści są rozrzucone w różnych rozdziałach dość przypadkowo), a także podparcia tych definicji odpowiednią bibliografią.
Tym, co mnie bardzo zdziwiło, było to, że autorka dużo czasu poświęciła na krytykowanie crossfitu czy studia fitness „Soul Cycle”, gdzie padają motywujące hasła. O ile rozumiem, że ta czy inna grupa może mieć “sekciarski” charakter, to nie rozumiałam aż tylu wtrąceń ze świata sportu czy aktywności fizycznej i ich krytyki. Niby sama zauważyła, że „słowa i intonacja wprowadzają ćwiczących w transcendentny stan umysłu, ale tylko na czas trwania zajęć. Jeśli okaże się, że to za dużo, wyznawcy mogą w dowolnym momencie zrezygnować, a ich życia nie zrujnują koszty odejścia”, a jednak ciągle pastwiła się nad tym (i innymi) nieszczęsnym studiem, omawiając słownictwo czy hasła motywacyjne.
Ale nie tylko studiom fitness się dostało – oberwało się też aplikacji do wspólnych treningów. Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać czy autorka spędziła kilka ostatnich lat pod kamieniem, bo przecież apki treningowe istnieją od dawna, począwszy od takich jak Strava, przez Garmin, po apki tworzone przez konkretnych trenerów czy np. Zwift do wspólnej jazdy na rowerze, nie mówiąc już o tysiącach zdjęć wrzucanych chociażby na Instagram, gdzie toczą się dopingujące dyskusje. Zadam pytanie – co to ma wspólnego z sektami? Autorka krytykuje motywacyjne hasztagi, prześmiewczo komentując nawet zwroty w stylu „Trzymaj energię!”. Chyba najlepszym zobrazowaniem stosunku autorki do fitnessu będzie ten fragment: „Język sekciarskiego fitnessu („Bądź najlepszą wersją siebie”, „Zmień ciało, zmień zdanie, zmień życie”) pomaga połączyć aspekty religii – oddanie, uległość czy przemianę – ze świeckimi ideałami w rodzaju wytrwałości i atrakcyjności fizycznej”. Doprawdy? Jeśli zastosować takie kryteria kwalifikowania czegoś jako sekty, jakakolwiek motywacja byłaby źle widziana i mogłaby zostać zakwalifikowana jako sekciarska.
Dalej autorka słownictwo służące do określania aktywności fizycznej nazywa biblijnym (sic!): „Wystarczy spojrzeć na ogólne słownictwo, którego używamy, mówiąc o sprawności fizycznej: oczyszczanie, odtruwanie, posłuszeństwo, dyscyplina, doskonałość. Terminy te mają niewątpliwie biblijny wydźwięk”. I tu, nie po raz pierwszy w tej książce, kompletnie się z autorką nie zgadzam, dla mnie te słowa nie mają absolutnie biblijnego wydźwięku, co najwyżej medyczny, biologiczny czy psychologiczny. Książka to nie literatura faktu – to bardziej esej przedstawiający poglądy autorki i sposób widzenia świata przez jej „filtr”.
Zatem przeczytawszy te fragmenty trudno nie odnieść wrażenia, że skrytykowane może zostać każde motywacyjne hasło rzucone w grupie osób uprawiających tą samą aktywność fizyczną, a tymczasem nie ma mowy o wszelkich grupach popularyzujących manifestację, totalną biologię czy “skoki kwantowe”, które są dużo bardziej niebezpieczne.
Mamy zatem książkę, w której autorka miesza opisy sekt, grup fitnessowych, scjentologów, crossfitu i zajęć jogi, gdzie nie wiadomo kiedy pisze poważnie, a kiedy żartuje, wrzucając niemal wszystkich do jednego worka. Na szczęście, jak już wspomniałam, pojawiają się fragmenty z wartościowymi treściami, a bliżej końca pada także wyjaśnienie jak rozróżnić szkodliwe grupy od tych „dobrych”. Ostatecznie autorka przyznaje też, że „nie chce spuszczać batów” branży fitness, bo ostatecznie sami kontrolujemy intensywność oraz swoje uczestnictwo w zajęciach – po co w takim razie całe rozdziały o crossficie i rowerzystach? Można było te strony wykorzystać na więcej merytorycznego materiału.
Podsumowując – za dużo zamętu, wyrazu politycznych antypatii, za mało wartościowej treści. Dla osoby o małej wiedzy w temacie może być dobrym wstępem, choć z drugiej strony obawiam się, że wspomniane wrzucanie wszystkich do jednego worka może wprowadzić więcej zamętu niż pożytku i niepotrzebnie wyczulić czytelników na nieszkodliwe komunikaty.
*Cultish – https://dictionary.cambridge.org/dictionary/english/cultish